Sam Vega wyjaśnia w rozmowie z "Dziennikiem", że zrobił ten serial z myślą o kobietach, które stanowią większość wśród widzów TVN-u. - To one trzymają pilota i decydują, co ogląda rodzina. Dlatego powstał pomysł na melodramat sensacyjny. Dla mnie wyzwaniem było to, żeby nie zrobić polukrowanej plastikowej historii, która jest całkiem oderwana od rzeczywistości, jak większość polskich komedii romantycznych - mówi. Ma również nadzieję, że postać grana przez Małaszyńskiego stanie się kultowa.
- W "Twarzą w twarz" mamy koronkową zagadkę kryminalną ciągnącą się przez 12 odcinków - opowiada dalej. - Myślę, że Agatha Christie byłaby zadowolona. W przestępstwo uwikłanych jest 13 osób. Z punktu widzenia każdej z nich wydarzyło się coś kompletnie innego - stwierdza. - Postaci są zainspirowane życiem - mówi. - Nie chcę wymieniać nazwisk, ale widzowie pewnie znajdą odnośniki do spraw, które znają z pierwszych stron gazet. Poza tym wspierał nas sztab konsultantów: specjalistów od giełdy, prawników i chirurgów plastycznych - dodaje.
Vega nie ukrywa, że ma apetyt na powtórzenie sukcesu serialu amerykańskich. - Wyjątkowość tego serialu polega na zderzeniu gatunków - melodramatu i serialu sensacyjnego. To światowy trend. Mieszanka gatunków zdecydowała m.in. o sukcesie "Rodziny Soprano". Chciałem też, żeby "Twarzą w twarz" wpisywał się w nurt takich produkcji jak "Zagubieni" czy "Skazany na śmierć". Ich widzowie mają ochotę rozwalić telewizor, kiedy kończy się odcinek. My też mamy dobrą intrygę i bardzo szybkie tempo opowiadania, około 70 scen w 45 minutach - wyjaśnia.